W piątek miałem kolejne interview. Tym razem było zupełnie inaczej :)
Experience New Zealand Travel mieści się na 8. piętrze biurowca w centrum miasta (na Featherston St., tuż przy Lambton Quay). Razem ze mną do windy wsiadła jakaś pani w średni wieku:
- Hello!
- Hi!
- Właśnie kupiłam bilety na koncert Boba Dylana!
- To świetnie.
- Tak się cieszę! Też powinieneś iść na koncert. Bye!
- Bye!
Biuro Experience NZ Travel to zwykły open-space, w którym pracuje 6-7 osób. Bardzo fajne miejsce, luźne i przyjazne. Przyjął mnie Managing Director - Glenn. Już na samym początku powiedział, że zaprosił mnie tylko dlatego, że mam doświadczenie zarówno w finansach, jak i w IT. Co prawda szukają asystenta księgowego, ale przydałby im się też "asystent informatyka", bo ich informatyk ma już za duż o roboty. Rozmawiałem z nim niecałą godzinę, aż w końcu Glenn się zorientował, że za chwilkę ma kolejną rozmowę i musimy niestety już kończyć. Miałem jeszcze szybkie interview z ich informatykiem.
Naprawdę chcę dostać tę robotę. Jeszcze nie wiem, ile mieliby mi dokładnie płacić, więc nawet nie wiem, czy mi starczy na życie. Mówią, że do 20 NZD za godzinę, 10-15 godzin tygodniowo. $1200 na miesiąc to całkiem niezła pensja. Glenn ma do mnie zadzwonić w przyszłym tygodniu.
Trzymajcie kciuki!
piątek, 8 czerwca 2007
środa, 6 czerwca 2007
Job searching 2
Wczoraj byłem na interview w Michael Hill Jeweler. Salon jubilerski w centrum miasta - Cuba St. Szczerze mówiąc - nie tego się spodziewałem. Salon jubilerski w Polsce kojarzy się z eleganckim sklepem - wszyscy pod krawatem, wystrój sklepu pierwsza klasa itd... A tutaj - sprzedawcy chodzą w t-shirtach z logiem firmy, przy wejściu ogromny plakat: "50% off", na podłodze balony (tak, takie normalne zwykłe balony z napisem "50% off")... Szkoda gadać. Samantha (store manager) przyjęła mnie w raczej mało przyjemnym biurze. Nie zaproponowała herbaty, nie mówiąc nawet o zdjęciu płaszcza. Zasadniczo i pobieżnie - średnio mnie interesuje to, jak mi poszła rozmowa, bo wiem, że nie chciałbym pracować w takim miejscu. W ogóle mi się nie podobało.
W piątek idę na kolejną rozmowę do Experience New Zealand Travel i z tym interview wiążę dużo większe nadzieje. Już sam fakt, że jest to firma działająca w przemyśle turystycznym sprawia, że praca może być tam dużo ciekawsza niż na pozycji Office Administrator w salonie jubilerskim.
Śliczna dzisiaj jest pogoda... Aż trudno uwierzyć, że to jesień i że Wellington... Ale na pewno będzie gorzej :) No cuż... Byle do wiosny (czyli do października).
W piątek idę na kolejną rozmowę do Experience New Zealand Travel i z tym interview wiążę dużo większe nadzieje. Już sam fakt, że jest to firma działająca w przemyśle turystycznym sprawia, że praca może być tam dużo ciekawsza niż na pozycji Office Administrator w salonie jubilerskim.
Śliczna dzisiaj jest pogoda... Aż trudno uwierzyć, że to jesień i że Wellington... Ale na pewno będzie gorzej :) No cuż... Byle do wiosny (czyli do października).
piątek, 1 czerwca 2007
Wellington
Właściwie tu nie ma rzeczy, do których nie można się przyzwyczaić. Chyba nawet ten lewostronny ruch przestaje być taki przerażający. Zobaczymy, co będzie, kiedy będę musiał siąść za kierownicą.
Jedyny problem to to, że te drobne różnice widać wszędzie i na każdym kroku. Tutaj jest naprawdę bardzo niewiele rzeczy, które są identyczne jak te, które znam. Są, owszem zdarzają się, ale bardzo rzadko.
Wellington jest miastem położonym nad samą zatoką, więc pogoda tutaj w tym momencie jest podobna do jesieni nad Bałtykiem - pada i wieje (wczoraj wiało z prędkością 50km/h). Morze tutaj pachnie tak samo jak Bałtyk.
Jest taka jedna ciekawa anegdotka, którą opowiedziała nam Amy, obecna MCP. Podobno całe miasto zostało zaprojektowane przez architektów w Londynie. Wszystko było super idealnie itd, potem architekci wsiedli na statek i wyruszyli do Wellington, żeby tutaj wybudować miasto zgodnie z tym, co sobie wymyślili. I kiedy tu przybyli okazało się, że teren, na którym mają wybudować miasto nie jest taki jak sobie wyobrażali - czyli płaski. Mało tego - jest niesamowicie górzysty. Do tego stopnia, że w tym budynku, w którym teraz jestem, to co z jednej strony budynku jest parterem, z drugiej jest drugim piętrem. Wracając do tematu: architekci tylko wzruszyli ramionami i zdecydowali, że i tak wybudują tutaj to miasto zgodnie z planami.
Mimo wszystko Wellington zostało bardzo prosto zaprojektowane - są wydzielone (nieoficjalnie) cztery główne dzielnice centrum, każda o innym charakterze i z innym przeznaczeniem. Centrum dzieli się na:
Dla zainteresowanych - tutaj jest mapka.
W ścisłym centrum chyba właściwie nie ma budynków mieszkalnych - wszyscy mieszkają na tzw. przedmieściach. Pisze "tzw.", bo równie dobrze można w Krakowie nazwać przedmieściami wszystko, co nie jest Starym Miastem.
Jedyny problem to to, że te drobne różnice widać wszędzie i na każdym kroku. Tutaj jest naprawdę bardzo niewiele rzeczy, które są identyczne jak te, które znam. Są, owszem zdarzają się, ale bardzo rzadko.
Wellington jest miastem położonym nad samą zatoką, więc pogoda tutaj w tym momencie jest podobna do jesieni nad Bałtykiem - pada i wieje (wczoraj wiało z prędkością 50km/h). Morze tutaj pachnie tak samo jak Bałtyk.
Jest taka jedna ciekawa anegdotka, którą opowiedziała nam Amy, obecna MCP. Podobno całe miasto zostało zaprojektowane przez architektów w Londynie. Wszystko było super idealnie itd, potem architekci wsiedli na statek i wyruszyli do Wellington, żeby tutaj wybudować miasto zgodnie z tym, co sobie wymyślili. I kiedy tu przybyli okazało się, że teren, na którym mają wybudować miasto nie jest taki jak sobie wyobrażali - czyli płaski. Mało tego - jest niesamowicie górzysty. Do tego stopnia, że w tym budynku, w którym teraz jestem, to co z jednej strony budynku jest parterem, z drugiej jest drugim piętrem. Wracając do tematu: architekci tylko wzruszyli ramionami i zdecydowali, że i tak wybudują tutaj to miasto zgodnie z planami.
Mimo wszystko Wellington zostało bardzo prosto zaprojektowane - są wydzielone (nieoficjalnie) cztery główne dzielnice centrum, każda o innym charakterze i z innym przeznaczeniem. Centrum dzieli się na:
- CBD (Central Business District), zwane rónież Lambton Quay (od nazwy głównej ulicy w tej częsci miasta - jak nietrudno się domyślić, tu mieszczą się biura niemalże wszystkich firm funkcjonujących w tym mieście. To jest dzielnica biurowców.
- Waterfront - czyl jak nietrudno się domyślić - wszystko w pobliżu zatoki
- Courtnay - centrum rozrywkowe - kina, teatr, mnóstwo klubów, pubów, fast foodów, restauracji. Wieczorem tutaj skupia się życie całego miasta.
- Cuba - jedno wielkie centrum handlowe. Taka nasza "galeria", tylko że "open-air" :)
Dla zainteresowanych - tutaj jest mapka.
W ścisłym centrum chyba właściwie nie ma budynków mieszkalnych - wszyscy mieszkają na tzw. przedmieściach. Pisze "tzw.", bo równie dobrze można w Krakowie nazwać przedmieściami wszystko, co nie jest Starym Miastem.
Job searching
Miałem nadzieję, że łatwiej będzie znaleźć pracę tutaj.
Przeszukałem wszystkie ogłoszenia o pracę w Accounting, Office Administration i IT w trzech portalach w necie, wysłałem jakieś 15 aplikacji i czekam na odpowiedzi.
Byłoby łatwiej, gdybym szukał pracy na pełny etat i w Auckland (które jest jakieś 2-3 razy większe od Wellington).
Dzisiaj dostałem 2 odpowiedzi! Z jednej firmy napisali, że bardzo chętnie przeprowadzą ze mną rozmowę, pod warunkiem, że mam pozwolenie na pracę. Odpisałem, że oczywiście mam i czekam na konkretny termin rozmowy. Z innej zadzwonili i umówili się ze mną na rozmowę kwalifikacyjną na wtorek. :)
Przeszukałem wszystkie ogłoszenia o pracę w Accounting, Office Administration i IT w trzech portalach w necie, wysłałem jakieś 15 aplikacji i czekam na odpowiedzi.
Byłoby łatwiej, gdybym szukał pracy na pełny etat i w Auckland (które jest jakieś 2-3 razy większe od Wellington).
Dzisiaj dostałem 2 odpowiedzi! Z jednej firmy napisali, że bardzo chętnie przeprowadzą ze mną rozmowę, pod warunkiem, że mam pozwolenie na pracę. Odpisałem, że oczywiście mam i czekam na konkretny termin rozmowy. Z innej zadzwonili i umówili się ze mną na rozmowę kwalifikacyjną na wtorek. :)
środa, 30 maja 2007
The Haka
ho ri te!
ha ho ripe!
ka mau! hi!
rin rin a pa quia awana ri pa kia ne oki! akia ne oki!
Ka mate! Ka mate! Ka ora!
Ka mate! Ka mate!
Ka ora!
Tenei te tangata puhuru huru!
nana nei i tiki mai!
whatakawhiti te ra!
A upa...ne!
A upa...ne!
A upa ne kaupane whiti te ra!
Większości ludzi Haka kojarzy się z 'show' - tańcem wojennym, jaki prezentuje przed każdym meczem narodowa nowozelandzka reprezentacja Nowej Zelandii - All Blacks.
Haka wywodzi się z kultury maoryskiej, mocno zakorzenionej w dzisiejszej Nowej Zelandii. Każde ministerstwo w kraju używa również maoryskiego odpowiednika swojej nazwy. Tak samo dzieje się z większością instytucji - uniwersytety, muzea... Nawet hymn narodowy jest podawany oficjalnie w dwóch językach - angielskim i maoryskim.
Tak naprawdę haka to po prostu tradycyjny maoryski taniec wykonywany przez grupę ludzi. Są różne rodzaje haka, zależnie od sytuacji - są wykonywane dla uczczenia ważnych wydarzeń, przywitania gości albo przed rozpoczęciem walki. Niektóre rodzaje haka są przeznaczone wyłącznie dla mężczyzn, inne dla kobiet, są także haka dla dzieci.
Maorysi nie mają monopolu na haka - swoje odpowiedniki (także zwane haka) ma rdzenna ludność Samoa, Tongo i paru innych krajów.
Podobno All Blacks wykonali po raz pierwszy haka przed meczem w 1906 r. i była to "Ka mate (It is death)". "Ka mate" ma kilka różnych wstępów (tak przynajmniej wynika z filmów dostępnych na stronce All Blacks). "Ka mate" to typowo wojenna haka, wykonywana przed bitwą.
Na jednym z filmów All Blacks wykonują napisaną specjalnie dla nich "Kapa o Panga", co w maoryskim znaczy "All Blacks". Po raz pierwszy wykonali ją w 2005 r. "Kapa o Panga" to haka na "specjalne okazje".
http://en.wikipedia.org/wiki/Haka
http://en.wikipedia.org/wiki/Haka_of_the_All_Blacks
ha ho ripe!
ka mau! hi!
rin rin a pa quia awana ri pa kia ne oki! akia ne oki!
Ka mate! Ka mate! Ka ora!
Ka mate! Ka mate!
Ka ora!
Tenei te tangata puhuru huru!
nana nei i tiki mai!
whatakawhiti te ra!
A upa...ne!
A upa...ne!
A upa ne kaupane whiti te ra!
Większości ludzi Haka kojarzy się z 'show' - tańcem wojennym, jaki prezentuje przed każdym meczem narodowa nowozelandzka reprezentacja Nowej Zelandii - All Blacks.
Haka wywodzi się z kultury maoryskiej, mocno zakorzenionej w dzisiejszej Nowej Zelandii. Każde ministerstwo w kraju używa również maoryskiego odpowiednika swojej nazwy. Tak samo dzieje się z większością instytucji - uniwersytety, muzea... Nawet hymn narodowy jest podawany oficjalnie w dwóch językach - angielskim i maoryskim.
Tak naprawdę haka to po prostu tradycyjny maoryski taniec wykonywany przez grupę ludzi. Są różne rodzaje haka, zależnie od sytuacji - są wykonywane dla uczczenia ważnych wydarzeń, przywitania gości albo przed rozpoczęciem walki. Niektóre rodzaje haka są przeznaczone wyłącznie dla mężczyzn, inne dla kobiet, są także haka dla dzieci.
Maorysi nie mają monopolu na haka - swoje odpowiedniki (także zwane haka) ma rdzenna ludność Samoa, Tongo i paru innych krajów.
Podobno All Blacks wykonali po raz pierwszy haka przed meczem w 1906 r. i była to "Ka mate (It is death)". "Ka mate" ma kilka różnych wstępów (tak przynajmniej wynika z filmów dostępnych na stronce All Blacks). "Ka mate" to typowo wojenna haka, wykonywana przed bitwą.
Na jednym z filmów All Blacks wykonują napisaną specjalnie dla nich "Kapa o Panga", co w maoryskim znaczy "All Blacks". Po raz pierwszy wykonali ją w 2005 r. "Kapa o Panga" to haka na "specjalne okazje".
http://en.wikipedia.org/wiki/Haka
http://en.wikipedia.org/wiki/Haka_of_the_All_Blacks
Sprawy administracyjne :)
Mam już konto w banku! :)
I nowy numer komórki: +64 2112 04357. Oczywiście pewnie i tak do mnie nikt nie zadzwoni, ale może jednak kogoś będzie na to stać :)
A gdyby ktoś jeszcze używał takiego starego wynalazku jak zwykła poczta, to podaje również mój adres:
100 Kelburn Parade
6012 Wellington
Dzisiaj muszę złożyć podanie o IRD Number (czyli NIP) i zaczynam szukać pracy.
I nowy numer komórki: +64 2112 04357. Oczywiście pewnie i tak do mnie nikt nie zadzwoni, ale może jednak kogoś będzie na to stać :)
A gdyby ktoś jeszcze używał takiego starego wynalazku jak zwykła poczta, to podaje również mój adres:
100 Kelburn Parade
6012 Wellington
Dzisiaj muszę złożyć podanie o IRD Number (czyli NIP) i zaczynam szukać pracy.
wtorek, 29 maja 2007
Różnice
Po pierwsze: jest jedna rzecz, do której będzie mi bardzo ciężko się przyzwyczaić - lewostronny ruch. Wszystkie samochody mają kierownicę po prawej stronie! Dopóki się tego nie zobaczy na własne oczy, to jest takie: "Ok, jeżdżą po drugiej strony, co w tym dziwnego". Ale jak się to zobaczy na żywo, to jest strasznie dziwnie.
Liam (NST OGX) powiedział, że gdy był na praktyce w Polsce potrzebował 3 tygodni, żeby się przyzwyczaić do prawostronnego ruchu. Dopiero po tym czasie przestał się zastanawiać nad tym, w którą stronę ma spojrzeć przechodząc przez przejście dla pieszych.
Poza tym wszystko jest trochę inne. Jak to powiedział Vincent w Pulp Fiction:
Vincent: You know what the funniest thing about Europe is?
Jules: What?
Vincent: It's the little differences. I mean they got the same shit over there that they got here, but it's just - it's just there it's a little different.
Jules: Examples?
Vincent: Alright, well you can walk into a movie theater in Amsterdam and buy a beer. And I don't mean just like in no paper cup, I'm talking about a glass of beer. And in Paris, you can buy a beer at McDonald's. And you know what they call a, uh, a Quarter Pounder with Cheese in Paris?
Jules: They don't call it a Quarter Pounder with Cheese?
Vincent: Nah, man, they got the metric system, they wouldn't know what the fuck a Quarter Pounder is.
Jules: What do they call it?
Vincent: They call it a "Royale with Cheese."
Klamki w domku są niemalże na wysokości szyi.
Krany osobne dla wody zimnej i ciepłej (jak w UK).
Jest niesamowicie wietrznie, a różnice temperatury powietrza w ciągu dnia i nocy są ogromne.
Domy nie są ocieplane i nie ma w nich kaloryferów.
Tu nikt nie kradnie (tak, są jeszcze takie kraje na świecie :) ).
Główne wiadomości w krajowej telewizji otwiera news o tym, że jeden z graczy All Blacks (narodowa reprezentacja rugby) ma poważną kontuzję i wszyscy się o niego martwią, łącznie z jego trójką dzieci i żoną, która jest w czwartym miesiącu ciąży.
Język jest niby angielski, ale oczywiście dla kogoś, kto nie jest obyty z brytyjskim akcentem, sprawia trochę trudności.
Kultura na pierwszy rzut oka jest bliżej nieokreśloną mieszanką Anglii z USA. Oczywiście widać też starania NZ o zachowanie maoryskiej kultury. Zobaczymy, co będzie późnej, bo mówiono mi, że wszystko jest raczej europejskie.
c.d.n....
Liam (NST OGX) powiedział, że gdy był na praktyce w Polsce potrzebował 3 tygodni, żeby się przyzwyczaić do prawostronnego ruchu. Dopiero po tym czasie przestał się zastanawiać nad tym, w którą stronę ma spojrzeć przechodząc przez przejście dla pieszych.
Poza tym wszystko jest trochę inne. Jak to powiedział Vincent w Pulp Fiction:
Vincent: You know what the funniest thing about Europe is?
Jules: What?
Vincent: It's the little differences. I mean they got the same shit over there that they got here, but it's just - it's just there it's a little different.
Jules: Examples?
Vincent: Alright, well you can walk into a movie theater in Amsterdam and buy a beer. And I don't mean just like in no paper cup, I'm talking about a glass of beer. And in Paris, you can buy a beer at McDonald's. And you know what they call a, uh, a Quarter Pounder with Cheese in Paris?
Jules: They don't call it a Quarter Pounder with Cheese?
Vincent: Nah, man, they got the metric system, they wouldn't know what the fuck a Quarter Pounder is.
Jules: What do they call it?
Vincent: They call it a "Royale with Cheese."
Klamki w domku są niemalże na wysokości szyi.
Krany osobne dla wody zimnej i ciepłej (jak w UK).
Jest niesamowicie wietrznie, a różnice temperatury powietrza w ciągu dnia i nocy są ogromne.
Domy nie są ocieplane i nie ma w nich kaloryferów.
Tu nikt nie kradnie (tak, są jeszcze takie kraje na świecie :) ).
Główne wiadomości w krajowej telewizji otwiera news o tym, że jeden z graczy All Blacks (narodowa reprezentacja rugby) ma poważną kontuzję i wszyscy się o niego martwią, łącznie z jego trójką dzieci i żoną, która jest w czwartym miesiącu ciąży.
Język jest niby angielski, ale oczywiście dla kogoś, kto nie jest obyty z brytyjskim akcentem, sprawia trochę trudności.
Kultura na pierwszy rzut oka jest bliżej nieokreśloną mieszanką Anglii z USA. Oczywiście widać też starania NZ o zachowanie maoryskiej kultury. Zobaczymy, co będzie późnej, bo mówiono mi, że wszystko jest raczej europejskie.
c.d.n....
Pierwszy post
No i stało się...
Po 28 godzinach w samolocie, 7 godzinach na lotniskach (ogromnym Heathrow, pięknym Bangkoku i lotnisku w Sydney, gdzie celnicy skonfiskowali mi litr Żubrówki), 10 godzinach różnicy stref czasowych, 3 filmach, w końcu wylądowałem w Wellington.
Na lotnisku w Wellington przywitały mnie Kristi (obecna MCVPF, moja poprzedniczka), Nikita (MCP elect) i Sneha (MC VP X+Projects elect). Przygotowały mi drobne powitanie: pokazały panoramę miasta i poczęstowały typową nowozelandzką przekąską - cheese & beef pie. Dziwne, ale dobre :)
Potem poszedłem do swojego nowego domu i padłem na twarz. Potrzebuję trochę czasu, żeby się przyzwyczaić do zmiany strefy czasowej. Teraz (czyli w ciągu jesieni i zimy) mamy czas +10h w stosunku do polskiego.
Dzisiaj muszę zająć wszystkimi sprawami "administracyjnymi" - konto bankowe, numer identyfikacji podatkowej, telefon komórkowy, etc. A potem trzeba znaleźć sobie pracę...
Po 28 godzinach w samolocie, 7 godzinach na lotniskach (ogromnym Heathrow, pięknym Bangkoku i lotnisku w Sydney, gdzie celnicy skonfiskowali mi litr Żubrówki), 10 godzinach różnicy stref czasowych, 3 filmach, w końcu wylądowałem w Wellington.
Na lotnisku w Wellington przywitały mnie Kristi (obecna MCVPF, moja poprzedniczka), Nikita (MCP elect) i Sneha (MC VP X+Projects elect). Przygotowały mi drobne powitanie: pokazały panoramę miasta i poczęstowały typową nowozelandzką przekąską - cheese & beef pie. Dziwne, ale dobre :)
Potem poszedłem do swojego nowego domu i padłem na twarz. Potrzebuję trochę czasu, żeby się przyzwyczaić do zmiany strefy czasowej. Teraz (czyli w ciągu jesieni i zimy) mamy czas +10h w stosunku do polskiego.
Dzisiaj muszę zająć wszystkimi sprawami "administracyjnymi" - konto bankowe, numer identyfikacji podatkowej, telefon komórkowy, etc. A potem trzeba znaleźć sobie pracę...
Subskrybuj:
Posty (Atom)